O moim odzyskanym drugim oku słów (więcej niż) kilka.

Gotowi na dłuższą historię?


Była sobie dziewczyna.
Zupełnie zwyczajna, chciałam napisać, ale nie, z perspektywy czasu wiem, że nikt tak naprawdę zwyczajny nie jest, więc jej również nie chcę opisywać tym sformułowaniem.
Poszła do szkoły, uczyła się świetnie, uwielbiała to, była niezwykle ciekawa świata, który dziadek pomagał jej poznawać wieczorami, które spędzali na graniu w planszówki, podróżowaniu palcem po mapach starego, rozlatującego się atlasu i długich spacerach. Te ostatnie rudowłosa dziewczynka upodobała sobie najbardziej-zwłaszcza poszukiwanie wiewiórek, które karmiła orzechami oraz wypatrywanie dzięciołów ukrytych między drzewami. Była wtedy szczęśliwa.

Lecz w pewnym momencie w jej świecie zagościł lęk. Lęk, jako niezdefiniowana żadnym konkretnym zagrożeniem emocja, nie strach, który zna każdy z nas. Niepostrzeżenie wdarł się do jej duszy, dając o sobie znać rzadko i subtelnie, acz nie próżnował-rósł w siłę czekając na odpowiedni moment.

I, wiecie, taka kolej rzeczy, że nadszedł ten czas, gdy szkoła podstawowa się kończy. W międzyczasie, dziewczyna wkraczająca w nastoletni świat, już nie tak ruda jak kiedyś(chociaż później próbowała to zmienić parę razy, upatrując w tym kolorze włosów jakiejś wyjątkowej wartości)stawała się coraz to bardziej zainfekowana jadem sączącym się z jej duszy. W pamiętnikach dziewczyny znajdziecie parę pozytywnych słów, resztę stron zajmuje jednak smutek, żal, złość i rezygnacja. A to dopiero początek.

Ten czas, kiedy dziewczyna powinna beztrosko się śmiać, interesować paroma chłopakami na raz, kłócić się z rodzicami o późny powrót do domu i kupować mnóstwo dziwnych ubrań jakoś przegapiła. Z jednej rzeczy nie zrezygnowała-z makijażu, którego obsługi nauczyła się stosunkowo wcześnie. Nie wychodziła z domu bez pomalowanych rzęs, by móc przejść spokojnie obok drugiej osoby. Swoją twarz w lustrze bez dodatkowych upiększeń oglądała z trudem, nazywając siebie świnią, ślepym kretem, lub po prostu stwierdzając, że wygląda jak facet.
Zazdrość była emocją, którą odczuwała praktycznie każdego dnia. Oj, nieznośnie piekące to były myśli. Tak, jakbyś wkładał rękę do ognia, tylko że w środku.
Zazdrościła swoim najbliższym. Zazdrościła przyjaciółkom. Zazdrościła nielubianym. Zazdrościła często zupełnie bezpodstawnie.
Tak, to chyba wtedy, lub nawet odrobinę wcześniej, została tylko z jednym okiem, drugie gubiąc gdzieś po drodze. Może zgubiła je przy okazji nieszczęśliwego zakochania, trwającego mimo młodego wieku przez długi czas, wciąż wracającego i niedającego spokoju, a może wtedy, gdy ukradkiem porównywała swoją sylwetkę do innych, ładniejszych dziewczyn.

Okres gimnazjum to trudny czas, czas dorastania, nieśmiałego(no, to już zależy od preferencji) odkrywania swojej kobiecości. Niestety, nasza bohaterka kompletnie sobie z tym nie poradziła.
Zgubiła się. Czuła brak. Wyraźnie miała wrażenie, że coś jest nie tak. Nie potrafiła jednak znaleźć odpowiedniego wyjścia. Zaczęła więc karać siebie za wszelkie "niepowodzenia". Coś, co dla wielu było błahostką, ot, zranienie przez faceta, zła ocena, zjedzenie batona, krótkie spojrzenie w lustro, trudność w utrzymaniu diety, jaką sobie wyznaczyła, dla niej stanowiło porażkę. Każdego dnia, bez wyjątku, znalazło się coś, w czym przegrywała z innymi lub ze sobą samą.
Jej historia nie jest nadzwyczajna-tak się zwykle kończy długotrwała nienawiść, cierpienie i krzywdzenie samego siebie.
W końcu się jej udało. Znalazła obszar, który nauczyła się doskonale kontrolować. O tak, doskonale. Bo przecież do tego dążyła.
Schudła. Ale coś było nie tak, bo, cholera, one wciąż wyglądają lepiej, a ona? Na nią nikt nadal nie zwraca uwagi.
Zrobiła więc tak, by zwrócili.
I, faktycznie, podziałało. Rodzice, wychowawcy, znajomi zauważyli. Bo nie sposób było tego dostrzec-nie o samej zmianie fizycznej mówię.
Odcięła się od świata. Przerwy spędzała w milczeniu wpatrując się przed siebie, w duszy mając okrutny ból i złość do siebie i świata. Nie wychodziła ze znajomymi, nie znosiła opuszczać swojego pokoju, który stał się jej jedynym azylem i ucieczką.

Nie da się długo funkcjonować w takim stanie. Straciła siły, powoli zanikała zdolność nauki, czuła się koszmarnie, były chwile, gdy chciała zniknąć i nigdy już tutaj nie wrócić.
Psycholog nie pomagał, rodzice nie dawali rady, ona była sprytniejsza, początkowo wraz ze "wsparciem" fotoblogowego społeczeństwa, później już sama radząc sobie doskonale w oszukiwaniu i kłamstwie wszystkich chcących jej zdrowia.
Interwencja była konieczna. Nie uwierzyła do samego końca w to, że faktycznie potrzeba jej pomocy-trudno się dziwić, przecież brakowało jej jednego oka. Nie widziała swojego ciała jak należy.
Spędziła w szpitalu trzy miesiące swego życia, które jej rówieśnicy spędzali na beztroskich przygotowaniach do egzaminu, pierwszych miłościach "na poważniej" i pierwszych imprezach.
Ona uczyła się jeść. Ale tylko teoretycznie. Bo to był początek jej dłuuugiej nauki szacunku, akceptacji, a później miłości do siebie samej.
Mówili jej, że wychodząc na własne żądanie robi sobie krzywdę, że nie da rady, że wciąż jest chora. Może mieli rację w tym ostatnim. Ale z resztą się mylili.

Miałam pisać o kobiecości, powiecie. Ale między innymi tym właśnie jest ta historia. Anoreksja jest chorobą, w której największym lękiem jest dorosłość/dojrzałość-bo przecież i ciało jest niczym ciało dziecka, i umysł nie poradziłby sobie z żadnym poważniejszym, bardziej odpowiedzialnym zadaniem.
Bardzo długo odpychałam od siebie wszystko, co wiązało się choć odrobinę z kobiecością. A najbardziej walczyłam ze swoim "tyłkiem"(na inną nazwę nie zasługiwał, bywały gorsze)-nienawidziłam go, bo przecież to jeden z symboli kobiecości. Oczywiście, wtedy nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę.
Dziś jestem w pełni świadoma. I chciałam, byście znali moją przeszłość, która zaprowadziła mnie tutaj.
Dziś już nie walczę ze sobą ani ze światem. Wciąż mam sporo rzeczy do poukładania, często się boję, czuję niepewność. Ale jedno wiem-nigdy nie skrzywdzę siebie w tak okrutny, bezwzględny sposób, siejący spustoszenie zarówno w duszy, jak i ciele. Odzyskałam swoje zagubione oko.

Nie chcę, by ten wpis urósł do niebotycznych rozmiarów(bo już taki jest?), więc kiedy indziej opowiem Wam o tym, czym dla mnie jest kobiecość i jak stopniowo ją odkrywałam.

Mam nadzieję, że historia, którą się z Wami podzieliłam będzie dla Was lekcją.
Jak zwykle liczę na Wasz odzew. Trzymajcie się cieplutko!

Spodoba Ci się również

0 komentarze

It means a lot, thank You!

Subscribe