270

Czas najwyższy na relację z ostatniego dnia naszej wycieczki, bo ostatnio mój rozedrgany, nabuzowany umysł mi na to nie pozwolił, narzucając swoje tematy, zupełnie inne od planowanych. A że ja grzeczna dziewczynka jestem, swojego blogowego flow się słucham. W każdym razie-teraz już mogę spokojnie powrócić do pierwotnego planu. Więc wracam.

Dostaliśmy wolny poranek. Chyba pierwszy taki. Większość radośnie przytaknęła na ten pomysł, mając w głowie wizję przypiekających się na idealny brąz ciał, mnie jednak taka forma rozrywki nie ekscytuje na tyle, by chcieć wcześniej wracać ze stolicy Grecji..(ale o tym później).
Na plaży, owszem, zawitaliśmy, ale wczesnym rankiem, jeszcze przed śniadaniem, kiedy temperatura była całkiem przyjemna, ludzi brak, jedynie uroczy psiak nas bardzo entuzjastycznie powitał i sam wyprowadził nas na krótki spacer :) W ogóle, psy spotykaliśmy co krok podczas pobytu w tym kraju. Raczej żadne nie miały złych zamiarów-no, chyba że natarczywe wpatrywanie się w nasz prowiant się liczy,







Jeszcze przed południem wyruszyliśmy-jak zwykle, i tym razem czekało na nas po drodze parę atrakcji. Pierwszą z nich był wjazd na jeden ze szczytów słynnego Olimpu. Nie na sam szczyt, oczywiście, dla ścisłości. W każdym razie-nie zostaliśmy stamtąd strąceni przez szanownego Zeusa, dziękujemy!
Piękny widok na wybrzeże, mnóstwo zieleni, orzeźwiające mimo coraz wyższej temperatury powietrze pozwalające na kilka głębokich oddechów. Lubię takie miejsca.
(I tu się odzywa moja, nazwijmy to, platoniczna miłość do gór. Bo marzy mi się poznawanie tych terenów, ale brak mi towarzysza/przewodnika.)









Jedziemy dalej. Były góry, natura, kwiotki i inne takie dla Natalki, teraz czas na strzały latające nad głową i sceny z "300" odgrywane na żywo dla pana S.
No, prawie.
Zobaczyłam pomnik Leonidasa, okej, ale jestem zawiedziona, że nie chciałeś tego super zdjęcia ze swym idolem, mój drogi panie S aka towarzyszu (upalnej)niedoli. Zobaczcie, jak robi zdjęcie słynnemu wojownikowi miłośniczka kwiatów.





Wstyd? Bo mam tylko takie zdjęcie pana z tarczą, który wraz ze swym dzielnym wojskiem stawiał czoła Persom? Nie, chyba nie. Bo to się nazywa, słuchajcie, artystyczna fotografia! (Tia)
Kolejny krótki przystanek, drepczemy posłusznie wzdłuż barierki gapiąc się na Kanał Koryncki, bo faktycznie robi spore wrażenie, gdy się tak z nim stanie twarzą w twarz.


Dobra, koniec tego zatrzymywania się, pędzimy już prosto do Aten. Mniejsza o kolejne nieudane próby zsynchronizowania zestawów słuchawkowych, wyglądam za okno z dużym zainteresowaniem, ciekawa pierwszej stolicy europejskiej, jaką uda mi się zobaczyć. I...jestem trochę rozczarowana. Bo tu tak...brzydko. To znaczy, no dobra, dopiero wjeżdżamy, może to przedmieścia, stąd ten ogrom niedokończonych budynków w okropnym stanie? Nasz krakowski szkieletor to naprawdę nic w porównaniu z tym, co widziałam. Takie myśli utrzymywały mi się, dopóki nie ujrzałam parlamentu. W tamtych okolicach nagle zrobiło się całkiem ładnie. Ale, co to, żółte taksówki?! No ja rozumiem, że NYC mnie prześladuje, ale...kurcze. W sumie fajnie to wygląda. Wysiadamy, pierwsze uderzenie gorąca. Dajemy radę, idziemy poczekać na zmianę warty.






No, to dopiero była zabawa. A jednak, gdyby tak o tym pomyśleć nieco głębiej...niezwykle trudna praca to jest, wiecie? Stoicie sobie przez godzinę ubrani w narodowy strój grecki, który raczej do panującego klimatu nie jest dostosowany, jakiś obcy koleś ociera Wam co chwilkę twarz chusteczką i podaje wodę prosto do ust, a na to wszystko gapią się ludzie każdej narodowości, łapczywie chwytając co lepsze ujęcia. Smutny los panów wartowników. Nawet biedny, samotny gołąb chciał wziąć udział w tym szoł.





Grecka flaga powiewa dumnie, my z racji wolnego czasu biegniemy w poszukiwaniu tego, czego moje oczy wypatrywały już od dnia pierwszego. I znalazłam. Am I hipsta yet?
(Szkoda tylko, że żadnego innego, treściwszego pożywienia nie zakupiliśmy. Skończyło się to wydaniem 3,80 Euro na kanapkę przy Akropolu. Brzmi dumnie, ale...16 złotych, no halo?! (Tak, tak, jestem cebulakiem i przeliczam na złotówki, deal with it)


Czasu było niewiele. Znów pstryknęłam ledwie kilka kadrów i wróciliśmy do umówionego miejsca w oczekiwaniu na panią przewodnik. Potem krótka objazdówka po mieście-stąd te zdjęcia zza szyby autokaru. Wreszcie wysiadka pod miejscem docelowym.








Uderza mnie współistnienie tych dwóch światów na ostatnim zdjęciu. No bo jak to, tu taki zabytek, a obok sygnalizacja świetlna? Mój ograniczony móżdżek nie mógł się nadziwić temu połączeniu, bo przecież takie zabytki są zwykle ściśle chronione, muzeum,ogrodzenie, czy coś, nie? Tu najwyraźniej nie ma takiej potrzeby, skoro Łuk Hadriana się utrzymuje od ponad 2 tysięcy lat.

Wspinamy się po schodkach ukrytych pośród ślicznych drzewek dających cień(taka chwila słodkiego wytchnienia przed torturą). Biedni my nie dostaliśmy darmowych biletów. Smutna dola ludzi zawieszonych w przestrzeni między liceum a studiami.




No, i mniej więcej w tym miejscu zaczęło się sięganie po butelkę co dwie minuty. Ale dla tylu widoków robiących niesamowite wrażenie i takiego styku z historią chyba było warto. To jedno z tych miejsc, które się odwiedza koniecznie, bez względu na stopień zainteresowania starożytnością. Dlatego z zaciekawieniem słuchałam opowieści pani Olimpii, przy okazji odciągając swoje myśli od napierającego gorąca. Było naprawdę pięknie, monumentalnie i onieśmielająco, ale...jakiś niezdefiniowany niedosyt pozostał.








Akropol jest wymagającym zjawiskiem. Wymęczył nas bardzo, ale naprawdę nie rozumiem po co komu pół godziny wolnego czasu w tym miejscu. A później te uciążliwe grupowe zdjęcia. Namarudziłam się okropnie, chyba jeszcze nie jestem podróżnikiem z prawdziwego zdarzenia, ale poczekajcie, nabiorę wprawy! Burżujska kanapka, o której już wspominałam zjedzona na pół na chwilę zaspokoiła dręczący głód, a mnie już odechciało się jeść, bo byłam zniesmaczona decyzją o powrocie do hotelu zamiast chwili wolnego czasu w stolicy. Cóż, możliwość "wykąpania się" w morzu i basenie wygrała.
Więc wracamy. Jemy kolację, spacerujemy po plaży, robimy sobie wycieczkę do sklepu(no przecież to tak niedaleko!), pijemy Restina Malamatina ze Spritem i próbujemy nie myśleć o czekającej nas okropnie długiej podróży autokarem.

Tym sposobem zakończyłam pokazywać Wam malutki skrawek Grecji moimi oczami, Czekam z utęsknieniem na kolejną wycieczkę, planuję te bliższe, będące w zakresie moich możliwości finansowych i wspominam te piękne, ciepłe chwile beztroski.
Jak Wam się podobała moja relacja? Coś szczególnie zwróciło Waszą uwagę? :)


Spodoba Ci się również

0 komentarze

It means a lot, thank You!

Subscribe