48. WAR
i'm starting a war.
and i guess it's the hardest of all.
the war with myself.
Długo myślałam nad tym, czy warto podzielić się z Wami moimi przeżyciami i jaki to będzie mieć sens. Ale jednak dzisiaj zdecydowałam się to uczynić. Bo zaczynam prawdziwą walkę. Walkę trudną i ciężką. Prawdziwy tor przeszkód. Wojna. Z przeciwnikiem, który zna mnie najlepiej. Który jest bezwzględny i bezlitosny. Któremu często nie sposób się nie oprzeć. Kłamie i uwodzi, nęci i atakuje. Udaje wiernego przyjaciela tylko po to, by następnie pozbawić mnie ostatnich chęci do życia, jakie mi pozostały. Anoreksja. To wciąż nie może mi przejść przez gardło. Ale padło ono z ust pani psycholog. Więc pozwolę sobie posługiwać się nim. Gdyż sama wciąż nie jestem w pełni świadoma tego, co wywołało tyle zmian w moim życiu, zmieniając je diametralnie. I tak ocknęłam się zbyt późno. O wiele. Zaraz, zaraz, czy ja się w ogóle ocknęłam? Hm, zacznijmy od początku.
Któż z nas nigdy nie postanawiał sobie po grzesznym obżarstwie "Koniec tego dobrego! Od jutra dieta!"? I ja nie byłam wyjątkiem. Aczkolwiek na początku zupełnie mi nie wychodziło-za bardzo kochałam jedzenie, zbyt szybko się poddawałam. Jak to się stało, że doszłam do wagi obecnej? Jak? Sama chciałabym to wiedzieć. Nigdy, przenigdy nie sądziłam, że wskaźnik tego przeklętego urządzenia wskaże 36 kilo. Ale czy chodziło tylko o szczupłą sylwetkę? Nie sądzę. Inaczej byłabym w stanie przestać, zachować rozsądek. Nie udało się. Zatracałam się w odchudzaniu, dzień po dniu co raz bardziej wpadałam w to bagno. A dziś siedzę po uszy w gównie. W poniedziałek mam wizytę u psychiatry, co zadecyduje o mym dalszym losie. Każdy normalny człowiek robiłby wszystko, by przytyć, jeśli wisiałaby nad nim możliwość pobytu w szpitalu. Dlaczego więc ja nie potrafię? Co nie pozwala mi zadbać o samą siebie? Co, do choler, chce mnie zniszczyć i jakim prawem?
To ja. Ja sama pragnę autodestrukcji. Chociaż tego nie pojmuję. Ale tak właśnie jest.
Dlatego chciałam ogłosić oficjalnie, by nie mieć możliwości zmiany zdania-chcę z tym walczyć. Chcę to pokonać. Chcę znów żyć, nie tylko egzystować, utrzymywać stan hibernacji. Moje życie straciło jakikolwiek sens. Stare przyjaźnie się sypią, rodzina jest przerażona, tyle kłótni, zła i bólu im wyrządziłam. Przecież nigdy tego nie chciałam. Ale jednak, zrobiłam to i zapewne wciąż robię.
To musi się skończyć. Bo moja mama dłużej tego nie wytrzyma. Jeśli nie dla siebie-chociażby dla niej. Dla babci i dziadka. I dla taty, bo chociaż nie potrafi tego w żaden sposób okazać, kocha mnie. (Prawda?)
Wciąż nie wiem, czy ten post ma jakikolwiek sens. Ale od teraz nie będę mieć przed Wami żadnych tajemnic. Potrzebuję tego, to może mi naprawdę pomóc. W odróżnieniu od "motylkowych fotoblogów", co było jedną z największych idiotyzmów w moim szesnastoletnim istnieniu. Liczę na Wasze zrozumienie. I wsparcie, gdy będzie trzeba. Wreszcie będę mogła się wyżalić, odrobinę ponarzekać i przelać swój ból i żal gdzieś, gdzie nie będę przekonywana do dalszego trwania w chorobie. Może to mi pomoże. Błagam, niech to okaże się choć odrobinę pomocne.
Gratuluję wytrwałym, którzy dotarli do końca notki. Jeśli tego nie przeczytałaś/eś w całości-proszę, powstrzymaj się od komentarza. A Was proszę o zrozumienie. Duuużo, dużo zrozumienia. Bo bardzo mi go brak. Tak samo jak sił. Chęci. I motywacji. Właśnie to miałam zamiar osiągnąć poprzez ten wpis. Czy uda mi się odzyskać zdrowy pogląd na otaczający mnie świat i życie?
Zobaczymy...
xoxo,
N