Trochę zachwytów, krokusy w Dublinie i kolejne strachy pokonane - cz II

Long time no see - pisząc ostatni tekst, za oknem było zdecydowanie mniej słońca grającego na nieśmiało budzącej się do życia zieleni. Wreszcie upragnione ciepło, wreszcie wiosna już nie tylko w sercu. I wreszcie trochę czasu, więcej bycia w momencie, bo ostatni czas był zabiegany, a do tego mocno z nosem w książkach. Łapię oddech, chwytam promienie, rozpoczynam poszukiwania czterolistnych koniczyn i nadrabiam zaległości - od bloga począwszy.

Pamiętacie co Wam obiecałam? It's time! Druga część relacji z podróży, z dużym opóźnieniem, lecz wspomnienia wciąż jak najbardziej aktualne. Przenoszę Was w nieco inny klimat, zdecydowanie mniej wiosenny, a wciąż niezwykle urokliwy.



Dużo przeciwności na mnie (jako totalnie niewprawionego podróżnika) czyhało - pierwszą z nich, główną, tak myślę, były bariery fizyczne. Całodniowe chodzenie już pierwszego dnia odcisnęło na mnie swój ślad z całych sił, już wtedy zaczęły się moje zmagania, których apogeum nastąpiło dnia ostatniego - tak sobie siedziałam na muzealnej ławeczce, pani K otaczała się sztuką, a ja miałam w myślach tylko jedno zdanie "nie ruszam się stąd, ok?". Nie wyobrażałam sobie w żaden sposób tego, jak mogłabym dojść na tych swoich (czy one wciąż były moje, skoro ich nie czułam?) nóżkach z powrotem do centrum Belfastu - bo o ile w poprzednie dni nieziemskie widoki dookoła jakimś magicznym sposobem ciągnęły mnie dalej i dalej, mimo bólu - o tyle wtedy zabrakło mi już jakiejkolwiek motywacji. Nie pamiętam, jak mi się ostatecznie udało dotrzeć na nasz przystanek. Wiem tylko, że po drodze byłyśmy w księgarni, gdzie zachwytów nad pięknie wydanymi tytułami nie było końca. Ale! Wracając do dnia wycieczki - właśnie wygóglowałam nazwę tego miejsca ze zdjęcia poniżej. Jedną z najczęściej wyszukiwanych fraz jest "Carrick-a-Rede Rope bridge deaths" - jak dobrze, że nie wpadłam na to, by zajrzeć do wyszukiwarki przed wyjazdem! Bo nawet jeśli to tylko chwyt reklamowy, mający na celu przyciągnięcie poszukujących adrenaliny, strach by mnie dopadł bez dwóch zdań. A tak - niczego nieświadoma - przeszłam przez most ze śmiechem (nieco spanikowanym, trzeba przyznać) i oszołomieniem w sercu.

Wybaczcie jakość zdjęć, w sumie żadne z nich nawet nie przedstawia niesamowitości tego miejsca, lecz nie byłam w stanie na dłuższą metę utrzymać nawet telefonu w dłoni, gdy już znalazłam się na moście - a jednak strach obleciał :D
W drodze do Giant's Causeway (zdjęcie numer 1 we wpisie) zaczęło wysiadać mi kolano. Ale, spójrzcie tylko, co za widoki miałam wokół. Po prostu musiałam iść dalej. Skupiałam się na każdym detalu, chłonęłam morską bryzę, usiłowałam w każdy możliwy sposób odciągnąć swe myśli od tego, że muszę postawić kolejny krok.





W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o miejsce, gdzie rozgrywała się akcja Gry o tron - dumna ja, widziałam aż dwa odcinki, więc miałam się czym poszczycić - niestety, po dniu pełnym wrażeń i zachwytów poprzeczka była podniesiona tak wysoko (a i zmęczenie robiło swoje. O, i jeszcze zaczął padać deszcz - nie pierwszy raz tego dnia, oczywiście), że zrobiłam trzy zdjęcia i uciekłam do autokaru, gdzie usiadłam w fotelu chyba najwygodniejszym na świecie, czując nieopisaną wdzięczność za to, że wreszcie czeka mnie błogi czas powrotu do Belfastu.


Dzień trzeci - kierunek Dublin. Bus obiecywał wifi, nic z tego. Za to miałyśmy dodatkową atrakcję w postaci przesiadki na lotnisku (wieeelkim lotnisku) - o, i w tym nowym busie było już wifi! Przedmieścia stolicy Irlandii oglądałyśmy zza szyby z rosnącą ekscytacją, bo to przecież te domki, te drzwi, ten klimat! Zostawiłyśmy walizki i przyjęłyśmy taktykę zwiedzania bez konkretnego planu, podążając za swoim wzrokiem i intuicją. I, cóż...albo nas nie poniosło tam gdzie powinno, albo Dublin zwyczajnie nie jest naszym miejscem. Zbyt dużo. Te dwa słowa mogą opisać moje ogólne wrażenie. Chaos, tłok, brak jakiegoś sensownego rozmieszczenia ulic, budynków, na domiar złego sporo remontów i...nogi odmawiające posłuszeństwa, co zapewne też przyczyniło się do mojej niepochlebnej oceny. Zdecydowanie najlepszym momentem dnia był zachód w St Stephen's Garden. Och, i jeszcze pyszna quesadilla z Mama's revenge! Sporo czasu poświęciłyśmy też na fotografowanie krokusów, co mówi chyba samo za siebie - wybacz, Dublinie.






Koniec dnia oznaczał kolejne wyzwanie. Jedno z największych, zaraz po locie samolotem, a przy okazji również i kolejny pierwszy raz - korzystałyśmy z couchsurfingu. Dla K to żadna nowość, sama gości u siebie hostów, a angielskim śmiga, za to ja byłam mocno zestresowana. Bardzo mocno. I, okej, może i moje obawy się potwierdziły i faktycznie nie potrafię mówić po angielsku (smutno jest wszystko rozumieć i bardzo chcieć się włączyć do rozmowy, a brak ci słowa, konstrukcji i...czasu?), ale ostatecznie - dałam radę, próbowałam odzywać się choć trochę, ale przede wszystkim, a raczej mimo wszystko - byłam z siebie dumna. Bo pokonałam kolejny strach. Kolejną rzecz, która kiedyś była wręcz nie do wyobrażenia. I zdałam sobie sprawę, jak można się zmienić, jeśli tylko się tego chce i włoży w to odpowiednio dużo wysiłku. Kiedyś każde spotkanie z nową osobą sprawiało mi trudność, i tak sobie myślę, że było to mocno związane z poczuciem własnej wartości na minimalnym poziomie (choć, zapewne, nie tylko tym spowodowane) - wraz ze zmianą tego podstawowego przekonania dotyczącego mnie samej, mnóstwo innych, "pobocznych" kwestii zmieniło się na lepsze. Piękna sprawa.
Dzień kolejny oznaczał wycieczkę - Andrea zabrała nas w cudowne miejsca. Wicklow Mountains, do złudzenia przypominały mi dziki step (który oglądałam jedynie na zdjęciach, więc mogłam się mylić) swymi kolorami, a pusta, ciągnąca się między pagórkami droga wbudzała niepokój, a nawet i ciarki na plecach. Znów, zdjęcia w żadnym razie nie oddają nawet w połowie mistycyzmu tego miejsca, nad czym ubolewam, choć z drugiej strony - to tylko świadczy o tym, jak ważne jest, by doświadczać, a nie jedyne oglądać świat zza ekranu czy obiektywu.








So, this is it. Dotarłam niemal do końca - niemal, bo ostatni dzień w Belfaście spędziłam bez aparatu. Byłyśmy na tamtejszym targu, który odbywa się zawsze w weekendy, przeszłyśmy się dzielnicą uniwersytecką - i właśnie tam znalazłyśmy ten klimat mocno wyspiarski, piękne domki z ogródkami. To był również ten dzień, kiedy przezwyciężałam swoje zmęczenie niemal na każdym kroku, a mimo to wspominam ten spacer z uśmiechem i nie mogę się doczekać powrotu w inny zakątek Wielkiej Brytanii (lub Irlandii, by być poprawną politycznie). Bo, wiecie, tu chodzi o to z kim się podróżuje. Czasem sobie nawet myślę, że nie jest istotne gdzie. Byle tylko współtowarzysz podróży dawał Ci tę swobodę bycia sobą w pełni, byś czuł się bezwarunkowo akceptowany.
O, i poczucie humoru przyda się jak najbardziej - wtedy nawet krokusy w Dublinie staną się atrakcją nie do pobicia.

Spodoba Ci się również

6 komentarze

  1. Jakie piękne miejsca, cudowne zdjęcia zrobiłaś <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam wrażenie, że cała ta wycieczka była dla Ciebie sporym wyzwaniem - począwszy od lotu samolotem, do dużego wysiłku fizycznego, z którym musiałaś się zmierzyć. Tym bardziej się cieszę, że mimo wszystkich tych przeciwności, dałaś radę i w gruncie rzeczy wróciłaś zadowolona! Widzisz, podróże to nie jest tylko słodki opoczynek i wylegiwanie się na plaży. Moim zdaniem, taki aktywny wyjazd jest dużo lepszy ;)
    drzewa z gry o tron! wow!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kalina Tyrkiel3 kwietnia 2017 09:47

    Nawet nie wiesz, ile uśmiechu dał mi ten tekst! <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję Ci! <3
    Było przepięknie, to fakt!

    OdpowiedzUsuń
  5. Podróże to zdecydowanie coś więcej! Zresztą, nigdy nie lubiłam takiego biernego odpoczynku, wręcz przeciwnie - męczyło mnie takie wakacjowanie z rodzicami nad morzem, w tym samym miejscu co roku!
    Teraz jednak chciałabym udać się w cieplejsze miejsce. I bardzo marzą mi się Włochy, tym bardziej po Twoich relacjach, ale obecnie nie mam jeszcze konkretnych planów, niestety :(

    OdpowiedzUsuń

It means a lot, thank You!

Subscribe