O prezentach i dobrych kierunkach.



Kolacja wigilijna zakończona, prezenty rozpakowane, wróciliśmy z naszej tradycyjnej wizyty u dziadków. Ukłucie braku. Coś tutaj nie gra. Coś się nie zgadza z dotychczasowym schematem tego dnia. O co chodzi?
Wszystko było jak zwykle, barszcz, kapusta, pierogi. Opłatek i życzenia, wspólna modlitwa, urozmaicona zdezorientowanym zachowaniem mojego cudnego psiaka, który patrzył na cztery klęczące istoty, raz po raz przechylając głowę ze zdziwieniem.

Prezenty?

Ach, tak. Chyba już wiem.
Wiecie, odkąd pamiętam, po Wigilii pojawiała mi się w głowie myśl "No i co, już po świętach?" To dość przerażajace, biorąc pod uwagę, że to dopiero "dzień przed". I wstyd sie przyznać, ale taka jest prawda - wiązałam to z rozwikłaniem prezentowych niespodzianek.

Kolorowe pakunki pod choinka zawsze miały dla mnie duże znaczenie, bo towarzyszyła temu ekscytacja, ogromne zaciekawienie i chęć, by już sięgnąć do kuszących toreb. Z dzieciństwa pamietam, że modlitwa była istną męczarnia, chciałam ją ominąć i dorwać się do najlepszego punktu tego wieczoru. To smutne. Ale niestety to prawda.
A jednak, dzisiejszy brak był dobrym brakiem. Wigilia już za nami, a ja czuję, ze przede mną jeszcze kilka dni, które mogę wykorzystać. Jak - to juz zależy jedynie ode mnie.

Te święta są wyjątkowe również z innego powodu. Wreszcie, po 4 latach, czuję całkowitą swobodę jedzenia. Nie drżę na myśl o słodkich pierogach z suszoną śliwką, nie próbuję namówić mamy, by dawała mniej cukru do kompotu, nie piekę własnego ciasta, by mieć pretekst, że jakieś przecież jem. Jestem ogromnie wdzięczna za to, że tę kontrolę udało mi się porzucić. Że te wszystkie okropnie ciężkie chwile, kiedy myślami byłam baaardzo daleko od normalności, dały rezultat w postaci wolności.

Spoglądając na to wszystko z boku wiem, że idę w dobrym kierunku. W zgodzie ze swymi wartościami, bo powoli wytępiam wstrętny materializm na rzecz doświadczania i obecności bliskich. Wyrzekam się tego, co do niczego nie prowadziło, a jedynie przeszkadzało w normalnym życiu. I udowadniam sobie samej i wszystkim w koło, że z każdym złem można wygrać, nawet z tym, które siedzi ukryte głęboko w nas i odbiera nam nadzieję na szczęście.

Pozdrawiam, zakatarzona i z okrutnie bolącym gardłem, ale wzruszona tym wszystkim, co uświadomiłam sobie w dniu dzisiejszym.
Życzę Wam, byście nigdy nie przestawali wierzyć w lepsze jutro, ale by wraz z tą wiarą szły czyny - efekt gwarantowany. Nie jutro, nie za miesiąc. Ale nadejdzie, jeśli będziesz ze sobą szczery w tym, co jest Twoją zmorą, a nad czym tak uporczywie pracujesz.

Mnóstwa uśmiechu w najbliższych dniach, Kochani!

Spodoba Ci się również

0 komentarze

It means a lot, thank You!

Subscribe