Po co te święta?

Właśnie włączyłam Michaela Buble, pierwszy raz w tym roku. Gwiazda betlejemska dumnie kusi swą czerwienią z mojego parapetu, tuż obok latarenka z zapaloną świeczką, złoty płomyk nadziei.

W galeriach świąteczny szał. Dzikie tłumy ludzi, każdy patrzy w inną, swoją stronę. I biegnie. Dalej, dalej, trzeba załatwić prezenty, zrobić zakupy, posprzątać, upiec pierniczki... Uśmiechów widzę niewiele. Dlaczego?

Święta to całe mnóstwo tych drobnych czynności, dzięki którym ten czas jest wyjątkowy. Uwielbiam wybierać podarunki dla najbliższych - robię to jednak ze sporym wyprzedzeniem, zwykle na początku grudnia, unikając tego, co teraz wyprawia się we wszystkich większych sklepach. Za sprzątanie zabieram się już dzisiaj, zaraz po tym, jak skończę pisać. No, prawie. Jeszcze zjem kolację. Ale potem, obiecuję, wreszcie się za to zabiorę! (Choć to może za wcześnie, jak dla mnie...5 dni musi wytrzymać ten porządek, kurcze, kiepskawo...) Pierniczki upiekłam, tradycja to tradycja! (Tym razem nawet S w to zaangażowałam, sukcesy!) I uwielbiam te wszystkie składowe przedświątecznych dni. Ale w tym roku jest inaczej. Odkryłam, że to jednak coś więcej. Że jest coś takiego, co daje mi więcej radości, co sprawia, że mi tak cudownie ciepło na serduchu.
Tak, dokładnie. To ludzie. Spotkania. Uśmiechy. Rozmowy.


Początek grudnia był ciężkim czasem dla mnie, a teraz już chyba odkryłam tego przyczynę. Samotna na własne życzenie. Samotna nie dlatego, że brak wspaniałych ludzi wokół mnie, lecz dlatego, że sama stworzyłam sobie taki schemacik w głowie. Do tego mnóstwo wymagań, które sama sobie narzucam, ciągła nerwówka, stres, kolejny wieczór, kiedy jedyne czego pragnę, to ukryć się pod kołdrą i zniknąć dla reszty świata. Świąteczny czas mnie uratował.

Zaczęłam być uważna. I słuchać całą sobą (#jeszcze5minutek!). Całe to wzmożone skupienie na sobie samej przeniosłam, przynajmniej częściowo, na innych. Na ludzi, których spotykam - tych, którzy są w moim życiu od dawna, cudownych nowych znajomych, a także "zwykłych" przechodniach. I jest mi o niebo lepiej.

Tworzę nowe więzi, wzmacniam te, które wciąż trwają, a za które jestem przeogromnie wdzięczna. Najcenniejszym prezentem, jaki dostaję, jest czas. Czas innych, którzy poświęcają go na spotkania ze mną i czas swój, to, że go mam, że mogę nim rozporządzać, że jestem, istnieję.
Rozmowy, z pozoru błahe, dają mi mnóstwo dobra. Podnoszą na duchu, odpędzają złe myśli. Wracam do domu z uśmiechem, bo wiem, że ten wieczór nie będzie kolejną gonitwą myśli.

Spotykajmy się, korzystając z chwili wolnego czasu. Niech tych dni nie wypełnia jedynie sprzątanie i szukanie prezentów. No, chyba że w towarzystwie - wtedy ten czas stanie się piękny i pełny, a Święta nie pozostawią po sobie poczucia rozczarowania, że to już, tak szybko, trzeba wracać do codzienności. Pozwólcie innym, by dali Wam to superpaliwo, jakim jest czas, rozmowa i uśmiech. I niech ten stan trwa. Do następnego spotkania!

Spodoba Ci się również

0 komentarze

It means a lot, thank You!

Subscribe