alfabet zdrowia psychicznego - Ja

Wracam do Was! Choć palce dość niepewnie i z namysłem przebiegają po klawiaturze, bo długa przerwa od pisania tutaj zrobiła swoje (Kalina już dawno stworzyła swój wpis, bardzo mi bliski - chodźcie tutaj, by poczytać o jodze). Czas biegnie, czwarty semestr za mną, a ja...wyjmuje swoje notatki z wypchanego po brzegi segregatora, bo dziś chcę poruszyć temat-rzekę. A fakt, że miałam w zeszłym semestrze na studiach kurs o podobnej nazwie i takiej tematyce przyczynia się do poczucia natłoku informacji. Bo jak tu ugryźć zagadnienie związane z Ja, kiedy to niemal całe nasze doświadczenie jest skupione wokół tego konstruktu? Spróbujmy - wybiorę (jak zwykle) to, co mnie dotyka najbardziej.


Ja jest czymś naprawdę potężnym, choć równocześnie jest to coś nieuchwytnego, trudnego do jednoznacznego zdefiniowania. Ale nie jest to też wymysł psychologów-teoretyków (choć od filozoficznego wymiaru się zaczęło) , bo neuroobrazowanie pokazało jakie obszary mózgu są z pojęciem Ja związane. Wszyscy je mamy, chociaż...nie od zawsze. Posiadanie idei samego siebie bada się testem lustra - dzieciakowi maluje się kropkę na czole czy policzku, sadza przed lustrem, i jeśli dotyka ono swej twarzy, próbuje zetrzeć plamę - challenge completed. Dzieje się tak zwykle dopiero około drugiego roku życia - samoświadomość nabywamy głównie poprzez bycie między ludźmi: dzięki temu, że nadano nam imię, że ktoś się do nas zwraca, mówi o nas innym.(Fun fact: to, że w lustrze rozpoznają się niektóre gatunki naczelnych nie jest szczególnie szokujące, ale test w nieco innej wersji zdają również świnie czy słonie!)
I tu zaczyna się zabawa, bo od kiedy Ja staje się świadome wiele się zaczyna wokół niego dziać. 

Jaizm wszechmogący - tak lubię sobie o tym myśleć. Najważniejszy ze schematów jaki ma każdy z nas. Chroni, integruje, wspomaga, ale i utrudnia widzenie rzeczywistości, sprawia cierpienie. 
Ja staje się dla nas punktem odniesienia - jest źródłem wielu zniekształceń poznawczych. Zakładamy, że inni myślą (lub powinni myśleć) podobnie, mamy w sobie pewien rodzaj egocentryzmu, który często jest trudny do przeskoczenia i wymaga wiele wysiłku, by go przekraczać. 
Co brzmi nieco paradoksalnie biorąc pod uwagę inny fakt - wiedza o sobie kształtuje się pod wpływem wyobrażenia co do tego, jak odbierają i oceniają nas inni. Nie jest to jedyne źródło tej niezwykle ważnej dla nas wiedzy, lecz silne i niepodważalne. Zwłaszcza dziś, w erze social mediów, gdzie sami bezustannie prosimy się o to, by nas oceniano i wystawiamy swe życia i przeżycia na pokaz.
To trochę bezmyślne ze strony naszego mózgu, bo to nasze biedne Ja, samoświadomość, wiedza o sobie jest przewodnikiem, dzięki któremu podejmujemy decyzje, dokonujemy wyborów życiowych. I właśnie stąd tak wiele z nas cierpi - wystarczy niska samoocena, co jeszcze bardziej zmienia nasze interpretacje i Ja lustrzane staje się naszym wrogiem - czyjaś opinia zaczyna kierować naszym życiem. 

Kenneth Gergen wprowadził pojęcie Ja Nasyconego, charakterystycznego dla współczesności. Wiele się zmieniło w zakresie relacji, wiele więc musiało się też zmienić w naszym Ja. Każdego dnia mamy styczność z wieloma osobami, rozmawiamy (czy raczej piszemy - Internety zdecydowanie robią swoje) z jeszcze większą liczbą. Do tego związki nawiązujemy znacznie szybciej niż kiedyś - również dzięki pośrednictwu mediów. Wszystko to wywołuje gwałtowny przyrost wiedzy z przeróżnych źródeł - nasze Ja staje się zaludnione. Czy nawet przeludnione. Nie chodzi już tylko o samą ilość bodźców, jaką odbieramy, lecz o ich charakter - lajki, czy też ich brak, niepochlebny komentarz, czy - o zgrozo! - brak odzewu. Jak odnieść wszystkie te przychodzące informacje do tego, co wcześniej o sobie wiedzieliśmy - a teraz już nam się tylko wydaje, że wiemy? Czy w tej erze ekshibicjonizmu w sieci istnieje jeszcze coś takiego, jak nasze prawdziwe Ja? Czy mamy ze sobą łączność?

Jak poznać siebie? Zacząć myśleć o tym, co do nas dociera, a także i o tym, co sami pomyślimy o sobie w kategoriach hipotez. Nie sztywnych i absolutnie potwierdzonych założeń. I coś, co sama z wdzięcznością (bo daje niesamowitą wolność) praktykuję - dawanie sobie przyzwolenia na sprzeczności, jakie w każdym z nas (bez wyjątku) tkwią. Bo nie jestem tylko wrażliwa, nie jestem tylko swoimi obawami, lękami, nie jestem tylko introwertyczką - potrafię też być z ludźmi, świetnie się czuć w ich towarzystwie, jestem silna, i działam mimo strachu. Daję się swemu Ja zaskoczyć, przyglądam się sobie z zaciekawieniem, uczę się siebie na nowo. Jak w dobrym związku, który trwa mimo gorszych chwil, dzięki akceptacji. Tej bezwarunkowej.

Och. I czas bez social mediów. Z bliskimi, którzy są realnie obok. Z sobą samym. Z naturą. Z ciszą. To chyba właśnie wtedy nasze Ja, tłamszone codziennym pędem i pogonią za czymś nieuchwytnym zaczyna przemawiać. 

Spodoba Ci się również

0 komentarze

It means a lot, thank You!

Subscribe