145
Jadąc na rowerze leśną ścieżką w naszym czworoosobowym składzie czułam, że jestem wolna. Byłam szczęśliwa. Chłonęłam delikatny zapach sosen, wsłuchiwałam się w wieczorne ptasie koncerty i rozglądałam się w koło jak oczarowana podziwiając piękno najzwyklejszych drzew i drogi usłanej szyszkami. Nawet kiedy już wjechaliśmy do miasta i gdzieś obok usłyszałam szprechanie, którego nie sposób pomylić z żadnym innym językiem, w mej głowie nie zaświtała żadna myśl w stylu "a idźcież wy do siebie" jak zwykle wcześniej. Nie było to jeszcze szczęście jako stan duszy. Uśmiechając się do starszej pani trzymającej swego wnuczka za rękę ukrywałam przecież swą twarz bez krzty makijażu za okularami. Moja podświadomość wciąż podsuwa mi znane i utrwalone schematy-przejechałaś tyle i tyle, zjesz zaraz loda, który, uwaga, nie jest sorbetem, i to po godzinie 19-ale jestem już dobrze wyszkolonym strażnikiem i szybko przeganiam natrętne myśli najdalej jak tylko się da. Wracają raz jeszcze, kiedy już pogryzałam chrupiący wafelek i rozkoszowałam się ostatkiem najlepszych pod słońcem kręconych lodów o smaku jagodowym, ale i tym razem odnoszę małe zwycięstwo-zwracam się do siostry, która, choć młodsza o całe pięć lat, na moje marudzenie odpowiada stwierdzeniem "to tylko iluzja, mi przecież nic nie rośnie więc Tobie również".
Gorące pozdrowienia z Łukęcina! (gdzie zasięg rzadko łapię, but that's fine, i don't mind! :))