­

208

Dziś nietypowo, ale w przypływie "inspiracji", o ile mogę użyć tego słowa w tym znaczeniu. Chciałabym podzielić się z Wami moją refleksją na temat tego, dlaczego zawiodłam się na Beacie Pawlikowskiej. 

Zaczęło się od fragmentu książki, który opublikowała na swojej fejsbukowej stronie;ktoś na ask.fm zapytał o moją opinię na jego temat. Otóż, wzbudził on przede wszystkim mój sprzeciw. Pozwólcie, że posłużę się bezpośrednio cytatami.
A kto chce być dietetykiem? Ten, kto ma problemy z dietą. A kto chce być psychoterapeutą? Ten, kto ma problemy z własną podświadomością.
Znam takich lekarzy. Wiem, że to jest prawda. Nie dotyczy oczywiście wszystkich psychoterapeutów czy dietetyków, ale błagam, sam pomyśl. Co o psychoterapii czy zdrowym odżywianiu może wiedzieć dwudziestoletnia dziewczyna, która zapisuje się do szkoły?
Nic.
Jaki jest najbardziej prawdopodobny powód, że chce się czegoś o tym dowiedzieć? Bo osobiście zetknęła się z problemami, które zazwyczaj rozwiązują dietetycy albo psychoterapeuci.
Hm. A co jest złego w tym, iż ktoś kto wcześniej miał styczność z psychologiem/odbywał terapię zainspirował się w ten sposób i również chce pomagać innym? Wybór takich a nie innych studiów wcale nie oznacza, że wciąż nie radzimy sobie ze swoją przeszłością. Owszem, pewnie są takie przypadki, jednak wydaje mi się, iż ta decyzja, w przypadku kiedy dana osoba wcześniej miała pewne problemy, chociażby z wyżej wymienioną dietą lub własną psychiką wynika z zainteresowania tematem, które z kolei jest wynikiem wcześniejszych doświadczeń właśnie. Często pamięć o trudzie, który musieliśmy pokonać będzie motywacją w podjęciu takiego zawodu, czyli właśnie wspomniana przeze mnie chęć pomocy ludziom z problemem, z którym sami się borykaliśmy. Dzięki temu, taki terapeuta/dietetyk(jeśli naprawił już wszystkie swoje problemy i złe myślenie) będzie pełen zrozumienia i cierpliwości dla swych klientów.
Co do podkreślonego zdania-to chyba właśnie na studiach i w dalszym etapie edukacji zdobywamy najwięcej doświadczenia potrzebnego do sprawowanego zawodu? Sama Pawlikowska przecież nagle nie została oświecona, prawda? Przeszła ciężką drogę, by być w tym miejscu, gdzie jest dziś. Kto wie, czy nie łatwiej byłoby odkryć jednak pewne prawdy poprzez studia, a nie nałogi czy uzależnienia.
+Czy osoba chora na depresję będzie w stanie skończyć 5 letnie studia + psychoterapię, której poddawani są przed rozpoczęciem zawodu psychoterapeuci?

Dalej Pawlikowska pisze o manipulacji reklam, z czym się zgadzam, aczkolwiek nie ma to nic wspólnego z nauką o żywieniu czy poradami psychologów. Nic a nic. Żaden lekarz nie poleci osobie, która chce schudnąć zażywania tabletek na odchudzanie. I tak, pani Beata, która wyrzeka się naukowców i ich przekazów, dalej pisze:
Chcę być zdrowa. To było moje motto. Więc w absolutnie logiczny sposób postanowiłam sprawdzić co to jest aspartam. Może po prostu po to, żeby się upewnić, że pan aptekarz przesadza.
Sprawdziłam.
Zrozumiałam.
Natychmiast przestałam używać czegokolwiek, co zawiera aspartam.
Sprawdziła. Gdzie, skoro nie wierzy naukowcom? I skąd to stuprocentowe przekonanie, że właśnie ona ma rację i nikt inny? Bo taki właśnie jest wydźwięk tych artykułów. Nie ma "sądzę, uważam, wydaje mi się".

Dzięki naukowcom mamy prąd, możemy latać samolotem. Dzięki profesjonalistom mnóstwo ludzi żyje-od uratowanych przez lekarzy poprzez terapeutów wyciągających z depresji, aż do fizjoterapeutów, dietetyków, i tak dalej.

Dieta propagowana przez Pawlikowską również nie jest odpowiednia, jak na mój gust i, hm, śmiem rzec, doświadczenie. Wiem, że wiele dziewczyn z problemami zaburzeń odżywiania czyta Pawlikowską. Sama byłam w ich gronie. I to właśnie im najbardziej zaszkodzić może dieta tak zachwalana pod niebiosa przez panią Beatę.
 To jest obiad autorki. Niesamowicie zdrowy, niesamowicie odżywczy, a już z pewnością niesamowicie sycący, nieprawdaż?
Ok, raz na jakiś czas taki obiad jest w porządku, ale z tego co można obejrzeć na profilu Pawlikowskiej-zdecydowanie nie jest to odpowiednia dieta dla kogoś, kto borykał się z problemami na tym tle. I mówię to z całą mocą-tego akurat jestem pewna.
Owszem, chemii w jedzeniu w dzisiejszych czasach jest o wiele za dużo, ale to również wynika z pewnych konkretnych okoliczności, a mianowicie masowej produkcji. O ile mniej żywności mielibyśmy na świecie, gdyby nie konserwanty, umożliwiające jej przechowywanie i transport?

Złoty środek. Chyba to powinno być naszą dewizą. Nikt jeszcze nie umarł od słodyczy jedzonych raz-dwa razy w tygodniu. A nawet chociażby codziennie-co z tego. Każdy z nas jest inny, każdemu szkodzi co innego. Wydaje mi się też, że ścisłe, kurczowe wręcz trzymanie się super zdrowej diety jest swego rodzaju obsesją. A już zwłaszcza, jeśli następuje jako kolejny etap po zaburzeniach odżywiania. Raczej nie można wtedy stwierdzić całkowitego uwolnienia się od choroby.

+http://www.beatapawlikowska.com/diary,list,1692,4.html
Ach, ta dzisiejsza, wszystkoniszcząca cywilizacja...Jest okrutna, nieprawdaż?

Nie wyrzekam się wszystkiego, co zyskałam dzięki Pawlikowskiej. Swego czasu, pierwsze z jej "psychologicznych" tytułów mnie naprowadziły na lepsze myślenie i postrzeganie siebie. Jednak już podczas lektury "W dżungli podświadomości" poczułam, że ktoś mi porządnie miesza w głowie. I powoli przestawałam jej ufać. Dziś już wiem, że nie przeczytam "Kursu szczęścia", który czekał na swoją kolej w mej biblioteczce. Niestety. Jeśli o mnie chodzi-era Pawlikowskiej przeminęła. I chyba nie całkiem bezpodstawnie.



Spodoba Ci się również

Subscribe